Wielu przedsiębiorców nadal uważa, że odpowiedzialność karna w biznesie dotyczy wyłącznie dużych afer, świadomych oszustw albo historii z pierwszych stron gazet. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Większość problemów zaczyna się dużo wcześniej — od pośpiechu, nadmiernego zaufania, braku kontroli albo zwykłego przekonania, że „ktoś się tym zajmuje”.
W swojej praktyce regularnie spotykam przedsiębiorców, którzy są szczerze zaskoczeni, że ich codzienne decyzje mogą stać się przedmiotem postępowania karnego. Tymczasem odpowiedzialność karna przedsiębiorcy nie jest abstrakcyjną teorią dla prawników. To realny element prowadzenia biznesu, także w małych i średnich firmach.
W poprzednim artykule opisywałem, czym jest Criminal Compliance w MŚP i dlaczego nie jest ono wyłącznie korporacyjną modą. Dzisiaj chcę pokazać coś jeszcze ważniejszego — za co realnie może odpowiadać przedsiębiorca albo członek zarządu i jak łatwo można znaleźć się w sytuacji, z której kilka lat później trzeba się będzie tłumaczyć przed prokuratorem.
Pierwszą rzeczą, którą warto zrozumieć, jest to, że w polskim prawie karnym odpowiedzialność ponosi przede wszystkim konkretny człowiek. Nie „firma” jako abstrakcyjny byt, ale osoba podejmująca decyzje, podpisująca dokumenty albo mająca obowiązek reagowania. W praktyce może to być właściciel jednoosobowej działalności, członek zarządu, wspólnik realnie zarządzający spółką, dyrektor finansowy, główna księgowa albo osoba faktycznie odpowiadająca za określony obszar działalności.
Bardzo często przedsiębiorcy zakładają, że skoro prowadzą działalność w formie spółki z o.o., to ryzyko osobistej odpowiedzialności znacząco maleje. To jeden z najczęstszych błędów. Spółka może ograniczać odpowiedzialność cywilną czy biznesową, ale nie eliminuje automatycznie odpowiedzialności karnej osób zarządzających.
Co więcej, w praktyce członkowie zarządu często odpowiadają właśnie dlatego, że pełnią funkcję zarządczą. Organy ścigania analizują wtedy nie tylko to, kto coś zrobił, ale również kto miał obowiązek nadzorować określone obszary działalności firmy.
I tutaj pojawia się kwestia, którą przedsiębiorcy bardzo często bagatelizują — odpowiedzialność za zaniechanie.
Większość osób kojarzy odpowiedzialność karną z aktywnym działaniem: podpisaniem fałszywego dokumentu, wyprowadzeniem pieniędzy czy świadomym oszustwem. Tymczasem w praktyce ogromne znaczenie ma również brak reakcji.
Problem może pojawić się wtedy, gdy ktoś:
- powinien był zareagować,
- miał obowiązek nadzoru,
- ignorował sygnały ostrzegawcze,
- wiedział o nieprawidłowościach i nic z tym nie zrobił,
- dopuścił do chaosu organizacyjnego.
W przypadku MŚP jest to szczególnie istotne, bo wiele firm działa bardzo operacyjnie. Decyzje podejmowane są szybko, zakresy obowiązków bywają niejasne, a odpowiedzialność organizacyjna często opiera się bardziej na zaufaniu niż na rzeczywistym podziale kompetencji.
Z perspektywy biznesu to może wydawać się normalne. Z perspektywy postępowania karnego — już niekoniecznie.
W praktyce prawnej funkcjonuje pojęcie „gwaranta”. To osoba, która ze względu na swoją funkcję ma obowiązek zapobiegać określonym nieprawidłowościom. W uproszczeniu — jeśli ktoś zarządza firmą, oczekuje się od niego także reagowania na ryzyka.
Dotyczy to między innymi:
- finansów,
- podatków,
- dokumentacji,
- zatrudnienia,
- obiegu informacji,
- działań pracowników i współpracowników.
I właśnie tutaj pojawia się kolejny problem. Wielu przedsiębiorców utożsamia delegowanie obowiązków z przeniesieniem odpowiedzialności. Tymczasem samo zatrudnienie księgowej, dyrektora operacyjnego albo zewnętrznego biura rachunkowego nie oznacza jeszcze, że właściciel czy zarząd przestają odpowiadać.
Bardzo często słyszę później: „nie wiedziałem.”, „tym zajmował się ktoś inny” ,„księgowość miała wszystko kontrolować”, „ufałem ludziom”.
Problem polega na tym, że w wielu sytuacjach brak wiedzy nie eliminuje ryzyka odpowiedzialności. Zwłaszcza wtedy, gdy przedsiębiorca powinien był wiedzieć, ignorował sygnały ostrzegawcze albo podpisywał dokumenty bez ich realnej weryfikacji.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się obszar, który w praktyce jest szczególnie niebezpieczny — codzienna komunikacja i „biznesowe skróty myślowe”.
Przedsiębiorca wysyła maila: „załatw to”, „ogarnij temat”, „ma być zrobione”, „nie interesuje mnie, jak”, „musimy to przepchnąć”.
W danym momencie chodzi zwykle o presję czasu albo zwykłą frustrację. Problem pojawia się kilka lat później, gdy taka wiadomość trafia do akt sprawy.
Wtedy zaczyna się analiza: co autor miał na myśli, czego oczekiwał, czy godził się na działania nielegalne, czy akceptował „załatwianie spraw” poza oficjalnymi procedurami.
Wiele przestępstw gospodarczych zawiera w swoim opisie sformułowania takie jak:
- „działając w celu”,
- „w zamiarze”,
- „świadomie”,
- „przewidując możliwość”,
- „godził się na”,
- „licząc się z możliwością”.
To są pojęcia odnoszące się do świadomości człowieka, jego decyzji, przewidywań i zamiaru. A to oznacza, że po latach postępowanie bardzo często koncentruje się nie tylko na dokumentach, ale również na interpretacji maili, wiadomości, relacji między ludźmi czy sposobu komunikacji.
W praktyce przedsiębiorcy często nie zdają sobie sprawy, że pozornie niewinne sformułowania mogą później stać się jednym z elementów budowania zarzutów dotyczących świadomości albo akceptowania ryzyka nielegalnych działań.
Bardzo podobnie wygląda kwestia różnego rodzaju „pośredników”, doradców czy osób „mających kontakty”.
W swojej praktyce regularnie spotykam sytuacje, w których przedsiębiorca chce szybko uzyskać: koncesję, pozwolenie, decyzję administracyjną itd. Pojawia się wtedy ktoś, kto mówi „znam ludzi”, „da się to ogarnąć”, „mam dojścia”, „zostaw to mnie”.
I bardzo często nikt nie zadaje podstawowego pytania „w jaki sposób to właściwie ma zostać załatwione?”
Dopóki wszystko kończy się sukcesem, temat zwykle nie istnieje. Problem zaczyna się wtedy, gdy pojawia się kontrola, konflikt albo zawiadomienie.
Nagle okazuje się, że:
- ktoś powoływał się na wpływy,
- sugerował nieformalne działania,
- obiecywał „dotarcie do odpowiednich osób”,
- przekraczał granice legalnego pośrednictwa.
I wtedy z pozoru zwykłe „zlecenie załatwienia sprawy” zaczyna być analizowane w kontekście płatnej protekcji, korupcji albo współudziału.
Dlatego przedsiębiorca powinien interesować się nie tylko efektem, ale również sposobem działania osób, którym powierza istotne sprawy.
Z mojego doświadczenia wynika, że przedsiębiorcy bardzo rzadko wpadają w problemy karne dlatego, że od początku planowali przestępstwo. Znacznie częściej przyczyną jest pośpiech, brak kontroli, działanie „na skróty”, nadmierne zaufanie albo zwykłe przekonanie, że liczy się wyłącznie efekt biznesowy.
I właśnie dlatego Criminal Compliance w MŚP nie powinno sprowadzać się do tworzenia dokumentów dla samej procedury. W praktyce chodzi przede wszystkim o ograniczanie sytuacji, w których po kilku latach przedsiębiorca albo członek zarządu będzie musiał tłumaczyć przed organami ścigania:
„Ja tylko chciałem, żeby ktoś to załatwił.”
W kolejnym artykule pokażę, jakie przestępstwa gospodarcze najczęściej pojawiają się w realiach MŚP i dlaczego przedsiębiorcy bardzo często nie zauważają momentu, w którym zwykły „biznesowy skrót” zaczyna przeradzać się w realne ryzyko karne.

1 Comment